platforma blogowa portalu echo dnia

Drzewa naszego powszedniego…

Lokalna prasa alarmuje, że przydrożne drzewa coraz bardziej zaczynają wyglądać jak ogłoszeniowe słupy, a bez zgody „wieszają się” na nich nawet ci, którzy umiłowanie przyrody zdali się wyssać z mlekiem matki. Z drugiej strony Świętokrzyskie coraz bardziej przypomina „Europę”  z fantastycznym Salonem Przemysłu Obronnego, obcym konsulatem i handballową dziką kartą w ręku.

Nabierająca tempa kampania wyborcza zapewne przyniesie nam jeszcze nie takie sensacje, jak widok leśnika, ozdabiającego swym obliczem przydrożne drzewa. To niby nic, choć przyzwoitość nakazuje, bodaj przyrodę zostawić w tych dniach w spokoju. Nic, gdyby nie argumentacja, że to i jego, znaczy kandydata drzewo, że to wspólne dobro,  i że płaci podatki… Jedni plakaty z drzew zdejmują inni nie  a jeszcze inni, najpierw je skrytykowali i obiecali działania, a potem zobaczyli, że na drzewie wisi ich szef… W dodatku sam, do niedawna przeciwny „zanieczyszczaniu” zieleni… „Jak byłem młody, to też byłem Murzynem i grałem w kosza”- kwituje podobne zjawiska „klasyk” i głęboko wierzę, że za nim pójdą i wyborcy.

Na tle tego politycznego folkloru najważniejsza wystawa przemysłu obronnego w Europie Środkowej, którą to pozycję, w imponującym stylu obronił Salon Kielecki, to prawdziwy bon ton, na który jego organizatorzy zasłużyli przez lata ciężkiej pracy. Nic dziwnego, że szef rodzimego przemysłu obronnego  minister Tomasz Siemoniak, bez wahanie porównał obraz z Kielc do podobnych targów w Londynie i Paryżu.

Gdy do tego dodamy otwarcie nad Silnicą honorowego konsulatu Rumunii,  na którym zagościł szef rodzimej dyplomacji, to zwyczajowe traktowania nas jako, pomijanego na mapach pogody zaścianka, mamy skutecznie i raz na zawsze oddalone.  Tym, którzy nie są w stanie docenić wagi tego dyplomatycznego wydarzenia dorzucam pod rozwagę, wciąż wzrastające obroty handlowe pomiędzy naszymi krajami i… wyborne rumuńskie wina, którymi gospodarze konsulatu częstowali w  poniedziałkowe popołudnie.

Mieszkańcom województwa świętokrzyskiego najwięcej uciechy nie dali jednak w tych dniach, ani politycy, ani żołnierze, ani nawet serdecznie do nas nastawieni Rumuni. Euforię dali nam piłkarze ręczni Vive Targów Kielce. Ci, którzy nie wpadają w  zachwyt nad ich weekendowym wyczynem niech zamkną oczy i spróbują sobie wyobrazić  inną dyscyplinę sportu, w której, w meczach o wszystko nasi gromią, najpierw Hiszpanów, a na deser Niemców, by po drodze w tempie francuskiego TGV minąć bezradnego rywala znad Sekwany (no już otwórzcie, aż tyle czasu przecież na zamykanie oczu nie mamy!). Teraz przed ekipą Bogdana Wenty pojedynki z Węgrami, kolejnymi Niemcami, Rosjanami, Duńczykami i znów Hiszpanami. Oby nadal świeciło im słońce, tak rzadkie ostatnio na horyzoncie polskich sportowców.

Gdy więc porównać plusy i minusy ostatnich kilku dni wyłania się zza nich obraz niemal optymistyczny. Gdzieniegdzie tylko zasmucany wiszącymi na drzewach.  Mówią, że każdy tak może, bo drzewo to wspólne dobro narodowe, więc niech wisi na nim kto chce! Aż prosi się zacytować niezapomnianego Stanisława Bareję, którego filmowy bohater, sprzedając bilety na taras widokowy Okęcia tłumaczy: „A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok, sami widzicie. I nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz!).

Radość i gorycz…

1 września zawsze jest dla nas Polaków szczególnym dniem, tak jak szczególny, przez pamięć porozumień sierpniowych, bywa cały poprzedzający go tydzień. W tym tygodniu radość mieszała się dla mnie z goryczą a poczucie, nawet osobistej dumy, z refleksją nad dziwaczną naturą części z nas.

To trudno pojąć i zaakceptować, samotny Lech Wałęsa składający kwiaty pod gdańskim Pomnikiem Stoczniowców a potem w ostatniej ławce w kościele Św. Brygidy. Czy tak to sobie wyobrażali ci, którzy 31 lat temu kładli podwaliny pod wielkie zwycięstwo? Czy tak to widział, doskonale pamiętający tamten sierpień, zmarły w ubiegłym roku gospodarz Św. Brygidy – prałat Henryk Jankowski?  Czy to mogło zdarzyć się gdziekolwiek indziej, w krajach, które z Polaków znają tylko błogosławionego Jana Pawła II, Bońka i właśnie Lecha Wałęsę? W Brukseli Barroso mówi, że bez „Solidarności” nie było by dzisiejszej Unii Europejskiej a budynki Parlamentu Europejskiego otacza Esplanada „Solidarność 1980”. Do świata, z wolna i po latach dociera, gdzie rozpoczęły się europejskie przemiany lat 80. My ich ikonami gardzimy, poddając w wątpliwość szlachetność użytych doń kruszców…

Po 20 latach od czasów własnej matury przeżyłam chwilę wzruszeń patrząc na otwartą nową halę sportową przy „moim” skarżyskim I Liceum Ogólnokształcącym. „Erbel”, jak zwą go od nazwiska wspaniałego dyrektora miejscowi, to szkoła, która w przeszłości dorobiło się absolwentów, których nazwiska wspominam z dumą również ja. To liceum, które co roku znajduje się w świętokrzyskiej ścisłej czołówce zdawanych matur, ale do sportowych obiektów szkoła ma szczęścia nie miała. Miewała w swej historii nawet siatkarskich mistrzów województwa, ale ze „złotem” nie z własnej sali. Teraz, po latach ziściło się marzenie pokoleń i z radością słuchałam, jak dzisiejszy starosta dziękował temu, który budowę zaczynał i w większości przeprowadził. Cieszyłam się prawdziwie wzruszającą zadumą aktualnego dyrektora szkoły i niekłamaną radością licealistów. To było takie ich święto, bez cienia zawiści i nadmiaru przyglądania się politycznym barwom zebranych. Chyba tylko jeden człowiek wystąpił, mówiąc, że on nigdzie nie kandyduje…

Ta moja szkolna radość miała i własne, bardzo prywatne oblicze, bo czwartek był pierwszym dniem szkolnych wrażeń mojej sześcioletniej córki Weroniki. Oby kolejne dni były dla niej tak udane jak 1 września, gdy wreszcie nie musiała zazdrościć starszemu bratu, że idzie już do piątej klasy. Patrząc na krajowe statystyki idących do szkół sześciolatków widać ich tam gdzie szkoły są dobrze wyposażone, klasy mało liczne i tylko z sześciolatkami. To co rodziców od szkoły odstrasza, to bynajmniej nie, jak chce jedna z partii,  zbyt wysoko zawieszone pisuary. Większość przeciwników pomysłu podaje jako powód braku jego akceptacji  zbyt małą dojrzałość dzieci do szkolnych wymagań. Oby za rok nie zaskoczyła ich dwuzmianowość a potem, za lat kilka tłoki  i liczebnie silna konkurencja przy naborze do gimnazjów i liceów.

Gorzkie były słowa jednego z publicystów, który w piątkowej prasie ocenił świętokrzyskich posłów, jako nic nie znaczących ludzi z głębokiego cienia. Pochwalił jednego, którego wcześniej najczęściej łajał, ale i jemu, nic już z tej pochwały. Podsumował wpadki i liczbę sejmowych wystąpień, zadość uczynił wspomnianej ofierze tragedii smoleńskiej, a reszcie przypiął etykietki nieudaczników. Trudno na tym poziome prasowej frustracji polemizować, a jeszcze trudniej pojąć myślenie, zgodnie z którym liczy się tylko praca parlamentarzysty na Wiejskiej, a pochwałę  otrzymać można dopiero… po  śmierci. W interesie moich dzieci i męża uczynię wszystko, by takową pochwałę w czasie oddalić.

Radość i gorycz, to dwa uczucia, które towarzyszyły mi w mijającym tygodniu, jak zapewne  też czuło wielu Rodaków. Dalej więc, niech nam służy sierpniowa refleksja Europy, nowe obiekty przy dobrych szkołach i więcej zrozumienia dla ludzi, którzy niechcący … pchają się pod klawiaturę.

Nie przeklinać Starachowic!

Za błędy jednostek nigdy nie powinny odpowiadać społeczności, a odium zła, przez te jednostki sprowadzone nie ma prawa przykrywać pracy i osiągnięć większości. Ci zaś, którzy dziś bez skrupułów odcinają się od tych, których sukcesy nie tak dawno hołubili przypominają huczącą spłuczkę, która uparcie udaje Niagarę. Dotkniętych syndromem niszczącej „Irene” Starachowic, nie wolno dziś łatwo przeklinać, bo na niszczącą falę nie zasłużyli sobie ich mieszkańcy.

Starachowice są w tych dniach odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki a słowo „afera” powoduje, że odczuwamy swoiste deja vu, wspominając to, co wydarzyło się w tym mieście osiem lat wcześniej. Część opinii publicznej już nieco zapomniała o ówczesnym starachowickim pogromie VIP – ów, choć do tej pory nie udało się nawet rozstrzygnąć o winie ostatnich z zamieszanych w tamtym czasie. Ile na tym wszystkim straciły Starachowice a może i cały powiat, to wiedzą najlepiej i rozumieją najboleśniej jego mieszkańcy. Na ile widmo afery odstraszało od nich inwestorów a ponure słowo „skandal” odbierało  chęć wszystkim tym, którzy wcześniej chcieli tu rozwijać swojej interesy nie dowiemy się zapewne nigdy.

Dziś historia niemal się powtórzyła i słowo „skandal” znów budzi tu tyleż ciekawość co i obawę o przyszłość miasta. Gdyby najbliższe miesiące „grodu Stara” miały być odbiciem tego jak niegdysiejsi towarzysze odsądzili od czci i wiary wciąż aktualnego prezydenta, Starachowice czekało by osiem lat chudych.  Dziś człowiek, który  przez kilka lat zrobił w tym mieście błyskawiczną karierę cieszyć się  może tylko z domniemania niewinności. Niemal wszyscy wokół prześcigają się w deklaracjach, kto szybciej odciął się od niego i wskazywaniu, kogo ten, nieopatrznie rozdając całusy politycznej śmierci, niefortunnie wziął pod swoje opiekuńcze skrzydła.

Ja patrzę na Starachowice inaczej, choć na wybielanie ich aktualnego włodarza bynajmniej nie mam chęci. Patrzę na nie przez pryzmat ludzi, którzy niemal rok temu swego prezydenta wybrali,  a na których poniedziałek spadł jak grom z jasnego nieba. Tym ludziom trzeba powiedzieć, że czyjeś domniemane błędy nie zaprzepaszczają ich pracy! Dać jasny sygnał, że ich ukochanego miasta, po pierwsze, nikt nie ma prawa dziś przeklinać!  Prezydent, niech jeśli może walczy o swe dobre imię, ale „zwykli” mieszkańcy nie mają prawa czuć się w żadnym stopniu odtrąceni, czy osądzeni!  Tym bardziej, jeśli wcześniej, ktoś ich odtrącał lub dawał odczuć, że do niego nie należą.

Ktoś powiedział, że gdzieś w Holandii gospodarz co ma dwie krowy modli się o tę trzecią, by dorównać posiadającemu trzy krasule sąsiadowi. My zaś, chyba zbyt często cieszymy się gdy ta trzecia, gdzieś po sąsiedzku zwyczajnie padnie! I oby tenże przykład nie uosabiał, dzielnie sobie radzących Starachowic.

Zarzuty trzeba zbadać, winy udowodnić a prawu i sprawiedliwości (nie mylić z pamiętliwością!) uczynić zadość.  Polityczna „Irene”, która łaskawie oszczędziła Nowy Jork nie ma prawa tknąć Starachowic, bo na to sobie zwyczajnie  ich mieszkańcy nie zasłużyli.

Po pierwsze:  ich nie przeklinać – to maksyma, która winna przyświecać każdemu, kto dziś i kiedykolwiek postawi w Starachowicach swoją nogę. Po ostatnie – jak wyżej! Niech wstrząsane cyklicznymi aferalnymi drgawkami miasto idzie swoją, zasłużoną drogą.

Flaki, pięć razy proszę!

Każdy ma takie „igrzyska” na jakie zasłuży i ludzie, którzy potrafią iść przez życie z podniesioną głową, mimo choroby i ci, którzy miast ślęczeć nad komputerem wolą ostatnie dni wakacji spędzić na ćwiczeniach w szlachetnej sztuce samoobrony. Nudzą się zwykle ci, którzy zwyczajnie sami – bywają nudni…

Gdy słońce pali niczym w Hiszpanii, a termometry, wreszcie z trudem mieszczą napływającą temperaturę człowiek chętnie szuka zwykłego cienia, łyka zimnej wody i haustu nieogrzanego powietrza. Zwykły człowiek, lecz nie młodzi adepci karate, z którymi miałam przyjemność zetknąć się podczas ich Letniej Akademii w Skarżysku. Wszyscy bez śladu bojaźni przed upałem i z chęcią robienia czegoś, co wcale nie musi zacząć się i zakończyć klikaniem. Powiem szczerze, zwyczajnie mi zaimponowali, i ci stawiający w karate pierwsze kroki i ci, którzy znają już szlachetne zasady tej sztuki walki. W czasie gdy z niechęcią przychodzi się żegnać z wakacjami, po raz kolejny przyszło mi do głowy, że każdy z nich nie koniecznie musi otrzymać od państwa osobisty komputer, czy coś jeszcze bardziej trendy. Z realizacją tego pomysłu mieliśmy problem my, dziś próbują go podchwycić niektórzy z opozycji. Nie żebym próbowała przeciwstawić się postępowi, ale marzy mi się, by państwo mogło dać tym, młodym tyle, by zrealizować wszystkie ich zainteresowania. Wcale nie zaraz te elektroniczne, lecz zawsze te związane z przygodą i czymś nowym. By nas po prostu było na to stać, by z nastaniem września w polskiej szkole nikt się nie nudził.

Niezależnie od miejsca, w którym się znajdziemy, czy przyjdzie nam rządzić, czy też zwyczajnie staniemy z boku, powinniśmy pamiętać o szczególnym środowisku, którym są diabetycy. Czasem nawet wydają się uciążliwi dla rządzących, ciągle „czegoś” tam chcą i „czegoś” się domagają. W piątek, kolejny raz mogłam podziwiać ich podczas jubileuszu 25 – lecia stowarzyszenia w powiecie skarżyskim.  Z podziwu godną konsekwencją, nie tylko znoszą swoją chorobę, ale ciągle niosą ze sobą edukacyjny kaganek tam, gdzie cukrzyca wciąż budzi tylko niezrozumienie i trwogę. Nie nudzi ich ustawiczna walka, czasem wciąż o to samo i każdego dnia na nowo.

Ktoś ostatnio napisał o świętokrzyskich wyborczych listach, na których nie brak celebrytów. Jedni mają za sobą boiskowe przewagi, drudzy przebąkują o domniemanych sukcesach w walce z przestępczością, jeszcze inni zwyczajnie są znani z tego, że są znani… Nic mi do czyichś list i ścierpię nawet, gdy ktoś, chce swój program wyśpiewać z bliżej nieznanych nut. Trudno mi jednak przyjąć dziwacznie lansowaną nową definicję „nudy” i gastronomicznych „flaków z olejem”. Ludzie merytoryczni i pochodzący z demokratycznego wyboru już nudzą? Czerpiąc z klasyka:  „A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje” – to taka, znana zapewne wszystkim, niemal współczesna definicja nudy wg. Marka Piwowskiego. Posłowie, burmistrzowie, starostowie, wójtowie, dyrektorzy, prezesi, radni i tak dalej – jeśli na listach są niczym „flaki z olejem” poproszę ich, ze „swego menu”, choć pięć razy, do Sejmu i jeszcze ze dwa do Senatu, na deser. Szybciutko! Już 9 października!  Że pięciu to już było? Mnie to wcale nie nudzi!

 

 

Świętokrzyskie rządzi!

Tytuł, to nie żart, choć trudno powiedzieć, czy nie ma się z czego śmiać. Ostatni tydzień był bowiem pasmem przewag naszego regionu nad „resztą świata”, również na polu humorystycznym. Wysłaliśmy też doń („reszty świata”) „ostrzeżenie”, że w obronie swego nie zabraknie nam radykalnych argumentów!

Zacząć trzeba jednak od spraw poważnych i gratulacji dla dyrektora Świętokrzyskiego Centrum Onkologii doktora Stanisława Góździa, który w tych dniach został powołany na stanowisko eksperta do spraw onkologii Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) działającej w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych. Doktor Góźdź, nie zważając na różne przeciwności losu, przyjął propozycję, która oznacza, że będzie on jedynym Polakiem w ekskluzywnym gronie ekspertów pracujących na rzecz WHO.

Zapewne zdecydowana większość mieszkańców Świętokrzyskiego z radością przyjęła też informację o wyróżnieniu, które spotka w ostatnim dniu wakacji profesora Stanisława Żaka. W tym, tak pamiętnym dla nas współczesnych terminie profesor otrzyma Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Aż trudno pisać o człowieku, który swymi życiowymi dokonaniami mógłby obdzielić wielu z nas i wciąż byłby prawdziwym bohaterem. W rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych człowiek zastanawia się, co by było gdyby ludzi podobnych profesorowi wówczas tu nie było…

Z lżejszych, ale nie mniej radosnych informacji trudno nie zauważyć  kieleckiego zwycięstwa na polu dystrybucji oficjalnych, pluszowych maskotek zbliżających się piłkarskich mistrzostw Europy. Slavek i Slavko to gadżety, na których dystrybucję w kraju ma wyłączność Kolporter S.A. „Faceci” w piłkarskich strojach zgodnych z barwami reprezentacji gospodarzy turnieju będą w sprzedaży w trzech rozmiarach i już dziś wieszczyć im można czerwcowy szczyt powodzenia u kupujących.

Jakby tego było mało Świętokrzyskie rekordowo… postraszyło duchami. Kto w minioną sobotę nie oglądał nagrywanych w Szydłowie „Kabaretowych Wakacji z Duchami” niech żałuje i już czyha na powtórki. Program zrealizowany w powiecie staszowskim oglądało przeszło 3 miliony widzów!

Jeśli dodać do tego „Półmaraton” w skarżyskim Rejowie, gdzie jednego dnia zagościli: Stan Borys (z psem!), Józef Łuszczek, Jacek Wszoła i Piotr Świerczewski to świętokrzyskie przewagi nad całą resztą świata będą chyba aż nadto widoczne.

Do tego wypada dodać remis  piłkarzy Korony z mistrzem Polski i… zabicie kota z wiatrówki! No właśnie, ten ostatni fakt wypada nam rozważyć z osobna, o ile bowiem walczącej o Ligę Mistrzów „Białej Gwieździe” wielka krzywda w Kielcach się nie stała, to ze zwierzakiem rzecz się ma zgoła odmiennie. Ciekawe jak też organa ścigania zareagują na ten „staszowski ślad” w znanym wszystkim tryptyku o Pawlakach i Kargulach. Nawiązanie do motywu wyroku na uwiązanym przez Kargula i agitowanym miskami mleka kocie nie budzi wątpliwości. Gorzej, że w odróżnieniu od tamtego, działającego na Ziemiach Odzyskanych, kota z „UNRRY”, nasz nie łowił etatowo poniemieckich myszy, lecz… zanieczyszczał obejście sąsiada. Szkoda futrzaka a i folklorystyczne zapędy jego kata nie muszą znaleźć zrozumienia u śledczych. Jakby nie patrzeć znów byliśmy na czołówkach gazet…

Rycerskiej sztuce wbrew

Zapewne ludzie obrażali się od zarania dziejów i zawsze byli ci, co miast szermierki na argumenty woleli tchórzliwe popiskiwanie, gdy adwersarz nie mógł ich dosięgnąć. W epoce ludzi rycerskich ich kodeks mówił jasno, że rycerz nie miał prawa odmówić walki, a wyzwany zawsze winien być gotowy na podjęcie rywalizacji.

Tak to bywało w czasach, gdy aspirujący do czci tłumów potrafili łączyć służbę w interesie ojczyzny z odwagą na każdy dzień i faktyczną chęcią dbania o interesy ludzi pozbawionych innej opieki. Dziś rywal wyzwany na polityczny pojedynek odpowiada charakterystycznymi dlań pomówieniami o służbie obcym i ani myśli chwycić za oręż własnych argumentów. Może ów brak odwagi tłumaczyć trzeba brakiem owego oręża, bo „nieuzbrojonym” okiem widać w nim brak pomysłu na Polskę i brak wiary we własne zwycięstwo.  To tłumaczy całkowitą niechęć do proponowanej debaty i paniczną ucieczkę przed konfrontacją z tymi, którzy mają być „kłamcami na usługach obcych”.

W przytaczanym tu średniowieczu panował zwyczaj zgodnie, z którym rycerz wjeżdżał do miasta w pełnym uzbrojeniu. Świadczyło to o gotowości do walki a z ilości i jakości rycerskiego ekwipunku można było wnioskować o przewagach onego. Dziś tym ekwipunkiem i zbroją jest zaplecze polityczne – to czy kandydat na szefa rządu jest w stanie wskazać w swym otoczeniu ludzi zdolnych do twórczej polemiki. Chowanie potencjalnych ministrów pod korcem to ucieczka przed oczekiwaniami rodaków, którzy mają  prawo wiedzieć co szykuje dla nich rząd, a co proponuje opozycja.

Aż dziw, że bierność ta, to efekt działań  tych, co przy każdej z licznych okazji mówią o sobie, akcentując słowo „odważny”. Aż trudno dziś uwierzyć, że na ów bój, bez skutku wzywa dziś ten, któremu opozycja, nie tak dawno przypisywała krótkie spodenki.

Zwyczajem średniowiecznego Sądu Bożego premier Tusk, poprzez debatę, wzywa dziś opozycję do tradycyjnego  przed wiekami dotknięcia rozgrzanego żelaza, które dowodzić ma dobrych intencji. W odpowiedzi słyszy poPiSkiwania o „bezideowej grupie interesu”. Premierowe „wici”, które za pośrednictwem telewizyjnych kamer rzucił w głąb kraju szef rządu w sobotę, starym zwyczajem, tym razem wzywa na rozmowę o przyszłości ojczyzny. I ono jednak zda się zawisać w próżni, choć „wici” to okazja, by jasno wyartykułować, to co się podoba, a co się w Polsce nie podoba.

Trudno ukryć zdumienie na taką reakcję ludzi, którzy od czterech lat zarzekają się, że jako jedyni mają skuteczny przepis na Polskę, choć pracę dla niej porzucili sami, licząc na lepsze wyborcze rozdanie. Z obyczajów szlachetnych ludzi z średniowiecza, do stosowania zostanie nam wreszcie,  jedynie symboliczne odczekanie na polu bitwy z pokonanymi. Odczekanie aż komisje wyborcze ogłoszą październikowy wyrok społeczny. Wierzę, że będzie on pomyślny dla Polski i jej obywateli. Ufam, że złoży średniowieczną nałęczkę na głowy tych, którzy nie wstydzą się ostatnich czterech lat rządzenia, nawet gdy nie z wszystkiego są dziś zadowoleni.

 

 

Gdy serca brak, czyli o “rozdzieraniu szat”

Pytanie o to, kto i co zbudował pierwszy tylko z pozoru nawiązuje do sławetnego: co było pierwsze – kura, czy jajo? W istocie rzeczy to spór o uniwersalia i o to czy się uznaje państwo i jego faktyczną ciągłość.

Dla tak zwanego przeciętnego obywatela często nie jest istotne kto w państwie rządzi. Przez lata pewne jednak zdawać się mogło, że jedni decydenci przejmują po swych poprzednikach kraj z dobrodziejstwem inwentarza, pamiętając o tym co władza obiecała lub nie swoi obywatelom. Wydzieranie wszystkiego z korzeniami tylko dlatego, że jest się z innej partii niż poprzednicy stawia rządzące elity pod pręgierzem braku zaufania ze strony własnego społeczeństwa. Braku zaufania nie do Tuska, czy Kaczyńskiego, ale  do instytucji państwa.

Wtorek, po poniedziałkowym święcie był dniem spektaklu, którego główni wykonawcy darli w drobne kawałki opis dokonań ostatnich lat, czyniąc z tego ogólnopolski rytuał. Ze zrozumieniem  przyjęli to wszyscy, którzy mogli się zetknąć z serwowanym w niektórych stacjach telewizyjnych, jeszcze w lipcu, obrazem pewnego człowieka, który z ulgą na twarzy otwiera oburącz drzwi. Te szklane „wieka”, które zwyczajnie stają otworem nawet przed maluchem, powodowane, bynajmniej nie siłą giganta, ale zwykłym zjawiskiem techniki,  były przy owych „darciach”, niczym rodzime Tatry przy Himalajach. W dodatku Himalajach bezsensu i zwykłego braku poszanowania dla tego co nowożytne społeczeństwa zwą państwem. Państwem, z całymi konsekwencjami akceptacji lub jej braku dla nim rządzących.

Mądrzejszy od nas „klasyk” zapisał przed wiekami „Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty.” (JI 2, 12-18). Najwyraźniej antycypował, czarno widząc powstawanie ugrupowań, dla których własne państwo będzie prawdziwe i autentyczne tylko pod warunkiem zarządzania nim przez nich samych.

Czemu więc nie rozdzierają  swoich serc, lecz za symboliczne szaty służy im wyborcza broszura rywala? Czemu jedni zostawili z niej tylko okładki, drudzy zaś rozprawili się z nią przy pomocy potężnych nożyczek? Zapewne nie nadmiar argumentów nimi kierował. Nie była to też chęć poszanowania standardów, które, nie tylko w życiu politycznym charakteryzują ludzi myślących. To chęć i nastawienie na niszczenie, miast budowania i destrukcję w miejsce planowej roboty. To wreszcie brak zrozumienia dla chęci kontynuacji tego co dobre i odrzucenia tego co złe, czyli zachowania ciągłości w państwie, niezależnie od tego kto nim rządzi.

Oczywiście, że wszystko można podrzeć i zniszczyć, pustym gestem spostponować czteroletnie dokonania ludzi na wszystkich szczeblach. Można zniszczyć fotokomórkę i siłą otworzyć drzwi, uciszyć zegarek, gdy ten „tyka”, czy wreszcie pchać Syzyfowy głaz na górę, zaprzeczając, że on już tam tkwi i wszystkie inne spadną o krok przed szczytem. To wszystko da się zaaranżować tam gdzie sztuka pozerstwa i pustych gestów zastępuje chęć pochylenia się nad wspólnym dobrem.

Nie sposób rozdzierać „Joelowego” serca gdy się go nie ma, nie ma dla własnego państwa, o ile samemu się nim nie rządzi. Zostaje więc rozdzieranie szat, w miejsce współodpowiedzialności, nożyce tam, gdzie wiedzie wspólna droga.

“Po wielkiemu cichu…”

Kiedyś była wstydliwie przemilczana, dziś jest wspaniale obchodzona, niegdyś przedstawiana jako darmowa danina krwi, dziś jest wykorzystywana do manifestacji partyjnych sympatii…  O czym mowa? Niestety, o kolejnych obchodach największego w dziejach okupowanej Europy zrywu, który przez 63 dni pokazał, że Warszawa nigdy się nie podda. Tym, którzy nie żałowali wówczas swej krwi winniśmy starania, by ich ofiary nie zawłaszczał sobie w kraju nikt i nikt nie robił z jej rocznicy partyjnego widowiska.

Ulotki zrzucane  na Warszawę z wojskowego herkulesa i przeraźliwe gwizdy pod adresem premiera polskiego rządu i bohatera tamtych dni Władysława Bartoszewskiego. Wzruszające słowa o jednym z uczestników akcji „Burza” generale Antonim Piwowarczyku, któremu poświęconą  tablicę odsłonięto w Końskich w 67. rocznicę wybuchu powstania i partyjne parasole nad głowami tych, którzy przyszli tu oddać hołd jemu i wszystkim innym bohaterom z 1944 roku. Ludzie, nawet ci bardzo młodzi, zatrzymujący się w zadumie przy ryku syren i znicze z partyjnym logo palone na warszawskich Powązkach.

- Przestańcie, to niegodne – chce się powtórzyć za dźwigającą dziewiąty krzyżyk uczestniczką powązkowskich uroczystości, która z płaczem zaapelowała do swych znacznie młodszych współtowarzyszy święta, buczących i lżących premiera niepodległej Polski i uczestnika Powstania Warszawskiego.   – Byście państwo chociaż na cmentarzu nie gwizdali, ja tu ojca straciłam – dodaje z nadzieją kolejna z uczestniczek obchodów. Niestety, takie apele kończą się jedynie posądzeniem o komunistyczny życiorys… Niepowodzenie przynoszą od kilku lat nawet prośby prezesa Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego. Okazuje się, że są ludzie, którzy lepiej od uczestników powstania wiedzą jak ważna jest pamięć o nim, że są wciąż ci, którzy mają swoich, nie związanych z tamtą traumą, a dziś oklaskiwanych bohaterów.

Cóż więc robić? Czy powstańcy, którzy nie utożsamiają się z „gwiżdżącym” obozem powinni zniknąć z publicznej przestrzeni? Powinni, niczym w latach PRL, wstydliwie odwiedzać miejsca pamięci, gdy nie ma już na nich lżącej gawiedzi?

Nie ma stuprocentowej odpowiedzi na żadne z postawionych pytań, bo zło zawsze będzie krzykliwe i dużo bardziej jaskrawe niż dobro. Nie sposób jednak, jak mówił poeta, przejść nad nim „po wielkiemu cichu”. Tę nową Polskę winniśmy przecież  szanować i kochać, a miłości nie wystarczy zadeklarować w krzykliwych słowach. Stosunek i relacja do państwa jest tutaj niczym chemiczny papierek lakmusowy, bo o tę, niepodległą i korzystającą z demokratycznych decyzji i wyborów, walczyli oni 67 lat temu.

„W rękach, głowach cichosza. W ustach, oczach cichosza. Nie ma samozwańców i nie ma rokoszan…”

Duma i pamięć…

To mógł być po prostu radosny dzień, gdy Świętokrzyskie przystaje być jedynym województwem bez uniwersytetu klasycznego. Ten uśmiech nagrody dla całych pokoleń koi dziś ból tych, których znów doświadczyła aura i żal po stracie naszego chłopca, rodaka spod Jędrzejowa, który w Afganistanie zapłacił za naszą drogę do pełnej wolności i demokracji.

Tej radości nie zabierze nam nikt i mocno wierzę, że oto ziściły się sny tych, co przez z górą 40 lat marzyli o naszym uniwersytecie. To radość całego środowiska, to wesele wszystkich, którzy ukochali Świętokrzyską Ziemię. Bo oto kielecka Alma Mater stanie wśród tych, które stanowią fundament polskiego szkolnictwa wyższego. Piątkowe głosowanie Sejmu to kolejny argument za dalszym rozwojem naszego województwa, kolejna cegiełka w budowaniu jego splendoru i pomyślności. Ci, którzy kiedyś dumali, czy warto dać nam samodzielność mają dziś następną  – mocną odpowiedź płynącą z ziemi Andrzeja Radka i Marcina Borowicza. Tak, tak, bo od czasów, gdy kształtowani piórem Stefana Żeromskiego, na kartach „Syzyfowych prac˝, bohaterowie kształcili się w literackim pierwowzorze Kielc – Klerykowie, nie zmienił się tu duch pchający do wiedzy ludzi wywodzących się z bardzo różnych środowisk. To oni przez lata tworzyli kielecką szkołę, wierzyli w nią i stawali się przez nią sobie bliscy, jak prawdziwi przyjaciele. Teraz mogą odbierać słuszne gratulacje, czuć autentyczną satysfakcję.

Czasu na łzy nie mają dziś ci, którzy tam, w Sandomierzu i okolicach, rok później rozpoczynają na nowo sprzątanie po wtorkowej ulewie. Do nich powrócił koszmar sprzed roku. Oby pomoc państwa, ludzka życzliwość i zapobiegliwość a wreszcie Boża Opatrzność nie pozwoliły im dać się pokonać zmęczeniu i załamaniu. Jesteśmy z nimi wierząc, że to już ostatni raz…

Za chwilę pożegnamy 28. polskiego żołnierza, który zginął w Afganistanie. Dla nas jest to tym bardziej bolesne, że śp. Paweł Poświat był naszym świętokrzyskim rodakiem, podchodzącym spod Jędrzejowa.  Dziś, gdy godziny dzielą nas od kolejnej, już 67. rocznicy największego w dziejach okupowanej Europy zrywu powstańczego, pamiętajmy, że nasi żołnierze, są do dziś, wszędzie tam, gdzie strzec trzeba pokoju i spokoju. Są tam, gdzie toczy się walka ze złem i terrorem. Są, bo to cena za możliwość korzystania z wolności i swobód, wartości, w które godzi międzynarodowy terroryzm. Zostają obojętni na polityczne podziały, przepełnieni miłością do Tej, która jest Matką każdego z nas.

To miał być tak radosny dzień… Pozostała duma i pamięć.

Udowodnić Holendrom

Filip odniósł  swój sukces w miejscu, które dla nas Polaków jest miejscem szczególnym. Amsterdam jawi się w naszej najnowszej historii jako ślad pierwszego olimpijskiego złota i podejmowanej przez rodaków profesji łapania szczurów. To miejsce, z którego wyszedł bodaj najbardziej bolesny atak, w momencie inauguracji polskiej prezydencji a teraz symbol tryumfu polskiej i świętokrzyskiej wiedzy matematycznej.

Suchedniowianin Filip Borowiec, swoistą wspaniałą klamrą spiął nasze wiekowe doznania związane z ojczyzną wiatraków i tulipanów. Niczym Halina Konopacka, dyskobolka, która przed 83 laty zdobyła tu pierwszy złoty medal olimpijski dla Polski, wywalczył matematyczne „złoto” podczas Międzynarodowej Olimpiady w tej dziedzinie wiedzy. Abiturient I Liceum Ogólnokształcącego z Kielc, wymierzył  tym samym przysłowiowy prztyczek w nos Holendrom, którzy tak wiele ostatnio mówią o włóczących się po ich ulicach bezdomnych i podpitych Polakach. Sprawił, że każdemu z myślących „Oranje” Polak powinien przestać się kojarzyć z śmierdzącym lumpem lub tym, który podejmie się łapania szczurów w kanałach, bo nikt z miejscowych w życiu, by się tam za to nie wziął. Filip, niemal w 100 procentach rozwiązał zadanka, od których włos jeży się na głowie nie tylko przeciętnemu zjadaczowi chleba, sięgając po największe wyróżnienie matematyczne w historii naszego województwa.

Nie pierwszy raz okazało się, że jeśli wyzbędziemy się naszych kompleksów, jeśli przestaniemy dumać, że nawet na mapach pogody popularnych stacji telewizyjnych, zwyczajnie nie ma Kielc, tylko dziura, pomiędzy Warszawą a Krakowem, gdy wreszcie będzie nam się chciało chcieć, to właśnie nas świętokrzyskich „scyzoryków” stać na wiele więcej niż innych.

„Tak by się nam serce śmiało, do ogromnych wielkich rzeczy (…) … a tu pospolitość skrzeczy” – powiadał Poeta do Gospodarza, w pewnym, tak mocno z rodzimą kulturą związanym „Weselu”. Ta „pospolitość” wyłazi z nas czasem, choćby w krytyce wszystkiego i wszystkich, obrzucaniu błotem każdego, kto czyni i myśli inaczej niż my a nawet w postrzeganiu stadionowego piwa na EURO 2012, jako przejawu hipokryzji. Tymczasem każdej rzeczy można zakazać i nad każdą zawiesić symbol kary, ale zawsze będzie to droga do tworzenia kolejnego „podziemia”, bo życie w demokracji to prawa i obowiązki a nie nakazy i zakazy.

Na przełomie XIX i XX wieku, w małej wówczas i takoż znanej Rawie Mazowieckiej przyszła na świat Halinka, która 28 lat później miała olśnić naród swym olimpijskim złotem. Wierzyła i miała wyobraźnię w czasach, gdy na roznegliżowane sportsmenki spoglądano w kraju niczym na wymachujące wysoko nogami panienki z wodewilu – z lubością, ale bez szacunku… Niesforną czuprynę schowała pod zgrabny berecik z antenką i tak pomaszerowała na szczyty światowego i rodzimego olimpizmu.

Nasz Filip pochodzi z małego, ale dumnego Suchedniowa, skąd zapewne poleci w daleki świat, w którym rozsławi również naszą – Świętokrzyską Ziemię. Już dziś udowodnił, jak wielka bywa siła uporczywej pracy i wyobraźni.  Udowodnił, że sięgać do najwyższych nie trzeba, li tylko z wielkich metropolii i zasobnych miejsc na Ziemi. „Myśmy takie samouki, kochałem się po różnemu, a ciebie chcę po swojemu, po naszemu” – wkłada poeta w usta Pana Młodego „Weselny” tekst, który jak ulał może zapanować nad naszą świętokrzyską pochwałą lokalnej drogi na wyżyny. Tą samą drogą zdają się kroczyć rodzice dzieci z Zalezianki, którzy  na próbę likwidacji lokalnej szkoły odpowiedzieli utworzeniem Stowarzyszenia Rozwoju Społecznego Zalezianki. Oni tę swoją szkołę chcą sami poprowadzić, a jak powiadają lokalne władze, inicjatywy mieszkańców nie sposób było nie poprzeć. Oby stamtąd – z Zagórza, Klonowa i Zalezianki przyszli kiedyś naśladowcy Filipa a przede wszystkim solidnie wykształceni młodzi ludzie. Życzę im tego, bo to ci, którym chce się chcieć, nawet coś więcej niż udowodnić prawdę Holendrom.

PS. Od zawsze chciało się chcieć skarżyskiej wokalistce Dominice Kasprzyckiej, która mimo zaledwie 24 lat wielokrotnie już rozsławiła nasz region. Tobie Dominiko i Twemu wybrankowi życzę wszystkiego dobrego na nowej drodze życia! Ze swego doświadczenia wiem, że to znacznie więcej niż choćby, wygrana przez Ciebie „Szansa na sukces”!