Drzewa naszego powszedniego…
Lokalna prasa alarmuje, że przydrożne drzewa coraz bardziej zaczynają wyglądać jak ogłoszeniowe słupy, a bez zgody „wieszają się” na nich nawet ci, którzy umiłowanie przyrody zdali się wyssać z mlekiem matki. Z drugiej strony Świętokrzyskie coraz bardziej przypomina „Europę” z fantastycznym Salonem Przemysłu Obronnego, obcym konsulatem i handballową dziką kartą w ręku.
Nabierająca tempa kampania wyborcza zapewne przyniesie nam jeszcze nie takie sensacje, jak widok leśnika, ozdabiającego swym obliczem przydrożne drzewa. To niby nic, choć przyzwoitość nakazuje, bodaj przyrodę zostawić w tych dniach w spokoju. Nic, gdyby nie argumentacja, że to i jego, znaczy kandydata drzewo, że to wspólne dobro, i że płaci podatki… Jedni plakaty z drzew zdejmują inni nie a jeszcze inni, najpierw je skrytykowali i obiecali działania, a potem zobaczyli, że na drzewie wisi ich szef… W dodatku sam, do niedawna przeciwny „zanieczyszczaniu” zieleni… „Jak byłem młody, to też byłem Murzynem i grałem w kosza”- kwituje podobne zjawiska „klasyk” i głęboko wierzę, że za nim pójdą i wyborcy.
Na tle tego politycznego folkloru najważniejsza wystawa przemysłu obronnego w Europie Środkowej, którą to pozycję, w imponującym stylu obronił Salon Kielecki, to prawdziwy bon ton, na który jego organizatorzy zasłużyli przez lata ciężkiej pracy. Nic dziwnego, że szef rodzimego przemysłu obronnego minister Tomasz Siemoniak, bez wahanie porównał obraz z Kielc do podobnych targów w Londynie i Paryżu.
Gdy do tego dodamy otwarcie nad Silnicą honorowego konsulatu Rumunii, na którym zagościł szef rodzimej dyplomacji, to zwyczajowe traktowania nas jako, pomijanego na mapach pogody zaścianka, mamy skutecznie i raz na zawsze oddalone. Tym, którzy nie są w stanie docenić wagi tego dyplomatycznego wydarzenia dorzucam pod rozwagę, wciąż wzrastające obroty handlowe pomiędzy naszymi krajami i… wyborne rumuńskie wina, którymi gospodarze konsulatu częstowali w poniedziałkowe popołudnie.
Mieszkańcom województwa świętokrzyskiego najwięcej uciechy nie dali jednak w tych dniach, ani politycy, ani żołnierze, ani nawet serdecznie do nas nastawieni Rumuni. Euforię dali nam piłkarze ręczni Vive Targów Kielce. Ci, którzy nie wpadają w zachwyt nad ich weekendowym wyczynem niech zamkną oczy i spróbują sobie wyobrazić inną dyscyplinę sportu, w której, w meczach o wszystko nasi gromią, najpierw Hiszpanów, a na deser Niemców, by po drodze w tempie francuskiego TGV minąć bezradnego rywala znad Sekwany (no już otwórzcie, aż tyle czasu przecież na zamykanie oczu nie mamy!). Teraz przed ekipą Bogdana Wenty pojedynki z Węgrami, kolejnymi Niemcami, Rosjanami, Duńczykami i znów Hiszpanami. Oby nadal świeciło im słońce, tak rzadkie ostatnio na horyzoncie polskich sportowców.
Gdy więc porównać plusy i minusy ostatnich kilku dni wyłania się zza nich obraz niemal optymistyczny. Gdzieniegdzie tylko zasmucany wiszącymi na drzewach. Mówią, że każdy tak może, bo drzewo to wspólne dobro narodowe, więc niech wisi na nim kto chce! Aż prosi się zacytować niezapomnianego Stanisława Bareję, którego filmowy bohater, sprzedając bilety na taras widokowy Okęcia tłumaczy: „A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok, sami widzicie. I nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz!).

